A co jeśli umrzemy? Jeśli któreś z nas odbierze złe badania? A może tak właśnie powinno się stać. Może powinnam zacząć tracić życie, żeby wreszcie zacząć żyć. Ale żyć, a nie udawać, oszukiwać samą siebie. Wiecznie szukać powodu, dla którego powinnam być smutna? A jeśli miałabym świadomość, że umrę za rok, dwa. Co wtedy? Zaczęłabym żyć? Ale tak naprawdę. Odkładamy wszystko na później, na wakacje, na lepsze czasy. A co jeśli one wcale nie przyjdą? Jeśli nie będzie następnych Świąt, wakacji, urodzin? Lepsze czasy też nie przyjdą. To nie jest koncert życzeń. Chcę jeszcze zobaczyć wschód słońca. Chcę pokochać siebie, życie, drugiego człowieka. Ale tak mocno. Tak, żeby nie czuć tej pustki. Żeby nie czuć się na kilkadziesiąt lat. Gdzie ja się podziałam? Gdzie jest ta 'ja', która biegała w deszczu, bo to jej sprawiało taką ogromną radość? Wychodziła na kilka godzin, żeby spacerować, obserwować ludzi, ten bieg. Żeby w nim nie uczestniczyć, a stać z boku. Być obserwatorem. A później wracać do domu i nie powtarzać żadnego schematu. Zawsze chciałam żyć po swojemu. Czy teraz chcę tego w ogóle? Żyć po swojemu.. Tylko co to znaczy? Co znaczy żyć?
Co znaczy żyć?